Masz 5 sekund – nie zmarnuj tego

12 10 2012

Dane dotyczące serwisu YouTube powalają na kolana. Około 72 godzin materiału video trafia tam w każdej minucie,  każdego dnia około 4 miliardów razy klikany jest przycisk „play” i 800 milionów unikalnych użytkowników – robi wrażenie, prawda? 

Nie trzeba być guru marketingu, żeby stwierdzić – „Aha! W tym jest potencjał! Trzeba go wykorzystać!”.  Jak wiadomo YouTube należy do imperatora sieci Google, który w swoim Google AdWords oferuję masę form reklamowych, w tym związanych z wiedo. Dziś na ruszt idzie forma z tak zwanej grupy reklam trueview – InStream (znany również pod nazwą pomijalnego prerolla). Jest to nic innego, jak wyświetlenie reklamy przed właściwym materiałem. Widz jest zmuszony do obejrzenia pierwszych pięciu sekund reklamy, po czym ma możliwość jej pominięcia. Dziś jest to najpopularniejsza forma reklamy na YouTubie (a jej stopień obejrzeń waha się od 20% do 50% – więc co by nie mówić, sporo!).

No właśnie, wyżej padło magiczne hasło pięciu sekund. To jest ten czas, kiedy podejmuję decyzję, czy chcę obejrzeć całą reklamę. InStreamy napotykam dosyć często, jednak niezbyt często oglądam całą reklamę. Czas przytoczyć klasyka(…z reklamy): Rany […] takie smuty, że aż zęby bolą… Potrzebuję ostrych wrażeń, żeby mi ten… Mózg zlansowało!”. W ciągu tych pięciu sekund nie powinienem się zorientować, że to reklama! Że ktoś chce coś mi sprzedać. W głowie w tym czasie powinna się pojawić wielka chmura z napisem „wow! Chcę to obejrzeć!”. Takiego efektu z pewnością nie wywoła u mnie nudna kreacja logo na „dzień dobry”. Przy reklamie nie zostanę również, gdy wprowadzenie (5 sekund!) jest monotonne – np. jedno ujęcie, powolna gra światła itd. Osobiście uważam, że reklama video na YouTubie niepodważalnie różni się od tej w tradycyjnej TV – dlatego też, nie przekonują mnie reklamy (na YT), w których narrator zaczyna opowiadać mi np. o plusach założenia konta bankowego w placówce X.

Korzystam z YouTube’a z dwóch powodów – rozrywka i pozyskanie informacji. Dlatego szukając teledysku, bądź jakiegoś kultowego hitu sieci chętnie obejrzę video pełne akcji, albo po prostu ciekawą historię w niekonwencjonalnej formie. (Obecnie moja ulubiona historia to reklama Heinekena nawiązująca do najnowszego Bonda). Gdy szukam konkretnych informacji, tym bardziej nie mam ochoty ukierunkowywać swojej uwagi np. na oprocentowanie lokaty w baku X. Reklama video w sieci musi być na tyle atrakcyjna, żeby ludzie sami chcieli ją oglądać! W dodatku reklama ma 5 sekund, żeby ich do siebie przekonać (oczywiście, jeśli mowa o trueview instream).

Autorze reklamy, dlatego masz 5 sekund, nie… zmarnuj tego! 🙂

autor: Piotr Sztompke

Reklamy




QR Kody – co z nimi nie tak?

16 09 2012

QR Kody pojawiają się, są widoczne, ale czy ktoś je skanuje? Czy kogoś interesuje co kryje się „po drugiej stronie”?

Obecnie około 6-7 milionów Polaków to użytkownicy smartfonów (oznacza to, że smartfony stanowią ponad 40%  komórek w Polsce). Ponad 5,19 mln internautów to użytkownicy sieci mobilnej. Po co podaję te dane? A po to, żeby uniknąć twierdzeń, że podstawową barierą w skanowaniu kodów QR są techniczne ograniczenia. Miejsc z darmowym WI-FI, szczególnie w dużych miastach (centra handlowe, skwery, puby, restauracje, sklepy) jest coraz więcej, a pakiety mobilnego Internetu tanieją z dnia na dzień. Niestety nie dysponujemy jeszcze konkretnymi statystykami odnoszącymi się do skanowania kodów QR przez polskich użytkowników mobilnej sieci. Z drugiej strony o moje uszy obijają się opinie, że popularność użytkowania QR kodów leży, albo (o zgrozo!) nigdy nie słyszało się cóż to takiego jest. Może szeroko pojęte zastosowanie i wykorzystanie QR kodów jeszcze się rozwinie… ALE jak ma do tego dojść skoro owe kody wlepiane są bez pomysłu i większego sensu.  Poniżej  kilka słów w stylu „QR CODE? You’re doing it wrong”

  • Po co skanować, skoro  treść wynikająca z przekierowania nijak ma się do potrzeb użytkownika? 

Skanując QR Kod chcę otrzymać naprawdę przydatną informację (nie mówiąc o formie dostosowanej do mobilnych urządzeń), albo najprościej ujmują sprawę – chcę dostać atrakcyjny content. Tak zwanego hejta kieruję w szczególności do QR Kodów, które przekierowują mnie na ogólnie mówiąc główną stronę (czy to producenta, czy marki). Użytkowość takiej treści, podczas gdy jestem poza domem (bo oczywiście wtedy najczęściej zdarza mi się skanować) jest równa zeru! Nieco mniejsze rozczarowanie (chociaż również się pojawia) spotyka mnie, kiedy zostaję przekierowany na Facebook’owy fanpage. Taka treść  jest atrakcyjna, ale nie poza domem, kiedy jestem w ciągłym ruchu. Jakoś nie przemawia do mnie przeglądania fanpage’a firmy/produktu/usługi jadąc windą, autobusem, czy przechodząc przez centrum handlowe 🙂

Co w takim razie zadowoliłoby mnie po drugiej stronie QR Kodu? – powtórzę – użytkowa i atrakcyjna treść. Skanuję kod z plakatu reklamującego nowy hit kinowy. Po cholerę mam być przekierowany na stronę, bądź fanpage tego filmu, skoro na moim telefonie mógłby się pojawić repertuar – w jakich godzinach i w jakich kinach grany jest właśnie ten film. To samo odnosi się do QR Kodów na plakatach informujących o np. koncertach. Przekierowanie na stronę wydarzenia na Facebooku? No niezbyt mądre, bo wszystkie informacje mam na plakacie, ale przydałby się line-up z dokładną rozpiską godzin koncertów na moim telefonie. Jako przykład ciekawego zastosowania QR Kodów (chociaż może mało oryginalnie) podam zeszłoroczną akcję sieci Play. Chodzi mi dokładnie o reklamy w warszawskim metrze z kodem, który po zeskanowaniu dawał nam możliwość darmowego pobrania gry na telefon. Mc Donald’s również się wykazał – po zeskanowaniu QR Kodu przy kasie, na moim smartfonie pojawiły się kupony rabatowe na wybrane zestawy – to jest właśnie atrakcyjna i użytkowa treść!

  • A co z formą i umiejscowieniem QR kodu?

To, że technologia i ogólny zamysł QR Kodów jest po prostu fajna, nie znaczy, że musimy je umiejscawiać wszędzie za wszelką cenę. Z szacunkiem dla pomysłodawców, ale zupełnie nie pojmuję wrzucania QR Kodów na autobusach od zewnętrznej strony! „Chwileczkę panie kierowco, niech pan nie cofa muszę zeskanować kod”…. Albo wyobraźcie sobie sytuacje, jak ktoś jedzie 20 cm za autobusem, jedną ręką trzyma smartfona, drugą kierownicę, a nogą zmienia bieg…

Kolejnymi „ultra pomysłami” jest umieszczanie QR Kodu gdzieś w górnej części billboard’u, albo na elewacji budynku, co uniemożliwia zeskanowanie go przez przechodnia. Z drugiej strony dostajemy ulotkę, na której obok małego druku widzimy znajomy kwadracik o wymiarach 0,5 cm x 0,5 cm – no brawo, ale niestety kod jest za mały, żeby dał się zeskanować przez większość smartfonów. Logicznym chyba jest fakt, że QR Kod będzie cieszył się większą popularnością w miejscu z otwartym WI-FI – ale tego nie ma potrzeby tłumaczyć…

A na zakończenie: Wraz ze wzrostem liczby użytkowników mobilnej sieci,  rośnie nadzieja, że zjawisko QR Kodów w końcu zacznie mieć realny sens! 

I kilka ciekawych case’ów związanych z QR Kodami:

Akcja U-code podczas Open’era.

Słoneczne oferty, czyli QR Kod w samo południe.

Skanowane zakupy dla zapracowanych.

autor: Piotr Sztompke

New Media Follower





Geomarketing – u nas bez zmian…

4 09 2012

Tym razem słów kilka o tym, jak bardzo jestem zawiedziony poziomem polskiego geomarketingu na przykładzie serwisu Foursquare.

Pewnie większość z Was wie czym jest Foursquare, a część nawet aktywnie go używa. Jeśli tak jest to zapraszam do następnego akapitu. Dla tych, którzy jednak mrużą oczy ze zdziwienia: jest to portal społecznościowy polegający na powiadamianiu swoich znajomych o aktualnej lokalizacji (ciekawe miejsce, pub, klub, park,
lotnisko itd.) Każdą taką aktywność można skomentować, udostępnić na Facebooku, czy nawet uatrakcyjnić zdjęciem. Kolejną opcją są tzw. tipy – widoczne publicznie komentarze dotyczące danego miejsca. Powiedziałbym, że to są takie krótkie opinie. Idziemy dalej – elementem rozrywki jest zdobywanie badge’ów (odznak) za check-in’owanie się w określony sposób (np. kilka check-inów w ciągu tygodnia w różnych miastach daje nam badge’a podróżnika). Użytkownicy mogą również zostać Mayorem danego miejsca (jeśli są osobą najczęściej się tam check-in’ującą). Ale właśnie o marketingowym potencjale i arcymistrzowskim niewykorzystaniu go zamierzam pisać dalej.

Skoro już wiemy czym jest Foursquare przejdźmy do geomarketingu – czyli wszelkich działań marketingowych związanych z geolokalizacją. W styczniu 2011 na portalu Webhosting.pl Paweł Gazda zmieścił wpis o przybyciu do Polski nowego trendu – geomarketingu. Mamy drugą połowę roku 2012 – w świecie 2.0 jest to szmat czasu na rozwój czegoś nowego i zarażenie tym innych. Tymczasem tak jak niecałe dwa lata temu marketing oparty na geolokalizacji w Polsce raczkował, tak nadal raczkuje.

Ale po kolei… Najpierw nakreślmy sobie potencjał marketingowy, który drzemie w serwisie  Forusquare – czyli kilka słów o tym, jak firma,  bądź lokal niewielkim kosztem może wykorzystać Foursquare’a, jako świetne narzędzie marketingowe.  Po wstępnym rozeznaniu i konsultacją z Wojciechem Gajewskim (Foursquare Polska) szacuję, że polski użytkownik ma średnio 15-30 znajomych. To właśnie do tych znajomych trafia informacja (czyli zazwyczaj najprostsza reklama) o danym miejscu, gdy taki użytkownik się w nim zacheck-inuje. Ale dlaczego miałby to robić? Punkty lansu wśród najbliższych nie wystarczą i niebawem się znudzą! Potrzebne są Speciale! To musi być korzyść dwustronna. Dane miejsce powinno dać coś w zamian – czy to będzie zniżka na piwo w pubie, czy darmowy napój, albo deser w kawiarni, bądź kupon rabatowy itd. itp. Taki bonus nic nie kosztuje, a stanowi ogromną zachętę do podzielenia się (patrz: reklamowania, promowania) danym miejscem ze swoimi kilkunastoma/kilkudziesięcioma znajomymi. Co więcej może być zachętą do przyprowadzenia  ze sobą grupy przyjaciół (patrz: przyciągnięcia nowych klientów).
W ten sam sposób działa możliwość zdobycia tytułu Mayora – który jest po prostu wiernym i lojalnym klientem – dlaczego do cholery lokale takowych nie doceniają?! To przecież działa na zasadzie elementów programu lojalnościowego (w którym klient otrzymuje bonus za lojalność!). Dlatego też opłaca się go prowadzić nawet dla niewielkiej grupy swoich klientów (zyski i tak będą wyższe niż koszty nagradzania klienta)…

Na mapie Warszawy doliczyłem się… 16 miejsc posiadających oferty specjalne dla zacheck-inowanych. Trochę mało jak na stolicę, hm?

Zdobycie nowych klientów, utrzymanie stałych,  kreowanie pozytywnego wizerunku, wirusowa reklama, dotarcie do grupy docelowej, zdobywanie popularności wśród dotychczasowych użytkowników – to tylko niektóre korzyści związane z potencjałem geomarketingowym.

Sceptycy krzykną: „Fousquare nie jest przystosowany do polskiego rynku!” – eee tam, gadanie. Brak polskiej wersji językowej nie przeszkadza, bo język tego serwisu jest dosyć prosty, hasłowy a sam design intuicyjny. Wymaga GPS, ale  z dnia na dzień przybywa użytkowników smartfonów z mobilnym internetem i nawigacją. Jedynym rozsądnym argumentem może być niewielka liczba użytkowników.

Uważam jednak, że:

  • po pierwsze: lepiej jest włożyć odrobinę pracy i mieć jednego stałego, lojalnego klienta, który swoją postawą i opiniami pozytywnie wpływa na wizerunek naszej firmy. (niż siedzieć z założonymi rękami i „eeee bez sensu…”
  • po drugie ludzie dostrzegając korzyści płynące z Foursquar’a, właśnie dla nich stają się jego użytkownikami (a co za tym idzie – lojalnymi klientami)

I na zakończenie mapka Foursquare’a. Spójrzmy na zachód… Same Check-iny… A to wszystko kończy się na granicy… No jakiego kraju? 🙂

Niestety jest to mapa z 2010 roku, ciekawe ile zmieniło się przez te dwa lata…

autor: Piotr Sztompke





Fotografia instant

27 08 2012

Nie ukrywam, że memy typu „Kup sobie lustrzankę i mów, że jesteś fotografem”, lub „Załóż fanpage: imię, nazwisko photography – mów, że jesteś profesjonalistą”, wywołują u mnie lekki uśmiech. Z drugiej strony jako fan nowych rozwiązań technologicznych nie mam żadnych „ale” do wykorzystywania ich w celu ułatwiania sobie życia. Z trzeciej strony, (chyba) jestem pewien, że wyraz artystyczny można dać zarówno skrupulatnie ustawiając wszystkie funkcje Zenita, jak i wybierając odpowiedni filtr w RetroCamerze na naszym smartfonie… I takie właśnie luźne przemyślenia plus kilka ciekawych artykułów skłoniły mnie do napisania tego tekstu.

Zacznijmy od początku… Przenosimy się do paleolitu, gdzie mamy malowidła na ścianach jaskiń, nieco później mozaiki, hieroglify, zdobienia przedstawiające mitologiczne wydarzenia. Następnie średniowieczne obrazy, portrety królów oraz dostojników. W między czasie pojawiła się camera obscura pozwalająca udoskonalić malarstwo dzięki możliwości analizy perspektywy. Nagle w roku 1826 Joseph Niepce odtwarza widok ze swojej pracowni, urządzeniem nazwanym aparatem fotograficznym. W 1888 roku firma Kodak sprzedawała już swoje aparaty używając sloganu „Ty naciskasz przycisk, my robimy resztę”. Historia fotografii toczy się aż do dziś, udoskonalając przez lata techniki i urządzenia służące do coraz szybszego utrwalania poszczególnej chwili w rzeczywistości! I o to w tym wszystkim chodzi. Zauważmy, że od samego początku techniki utrwalania rzeczywistości dążą do uproszczenia całego procesu. Nietrudno zauważyć, że fotografia zmierza do pewnego rodzaju natychmiastowości, do bycia instant. Dlaczego? A dlatego, że to jest między innymi kierunek wyznaczony przez świat 2.0… Kierunek, którego nie unikniemy. Ale na tym nie koniec – dziś równie ważna co czas produkcji (w tym przypadku zrobienia dobrego zdjęcia) jest dystrybucja (w tym przypadku publikacja). I to jest powód dla którego aparaty cyfrowe już odchodzą do lamusa. Nadeszła era smartfonów i iPhone’ów. Dlaczego? Nic prostszego. Dzięki aplikacjom ze świetnymi filtrami (Instagram, czy chociażby RetroCamera) użytkownicy mogą robić naprawdę dobre i ciekawe zdjęcia. Co więcej bez trudu możemy poprawiać ich jakość.

Drugim powodem jest możliwość błyskawicznej (wyżej wspomnianej) dystrybucji – opublikowania fotografii gdziekolwiek w sieci. Dzielenie się, share’owanie to przecież podstawa współczesnych mediów, z których codziennie korzystamy! Uważam, że to drugi powód jest determinantem zjawiska odchodzenia od klasycznych cyfrówek w stronę smartfonów.

Czy zdjęcie zrobione smartfonem/iPhone’em może być profesjonalne? I tu zaczyna się dyskusja. Osobiście uważam, że jak najbardziej może! Zaczynijmy od  dosyć dziwnego pomysłu (aczkolwiek świetnie wpisującego się w kierunek zmian świata 2.0) – możliwości zamontowania obiektywów Canona, lub Nikona do iPhone’a. Kolejnym przykładem może być fotoreportaż o rewolucjach arabskich Corentin Fohlen (jego zdjęcia zdobywają prestiżowe nagrody), całkowicie zrealizowany dzięki iPhone’owi. I oto właśnie chodzi zarówno we współczesnym dziennikarstwie, czy zwyczajnej rozrywce polegającej na robieniu zdjęć ! Uchwycenie chwili w dobrej jakości, ewentualnie nałożenie ciekawego filtru podkreślającego jej wyraz i natychmiastowe opublikowanie jej całemu światu.

Na koniec chciałbym podkreślić, że podstawowy cel zostaje ten sam, co przy malowidłach skalnych – uchwycenie danej chwili i jej atmosfery zaistniałej w rzeczywistości. Zmienia się tylko technika realizacji tego celu i sposób rozpowszechniania jej efektów.

Celowo nie poruszyłem kwestii kto jest artystą, kto dziennikarzem, kto fotografem, a kto po prostu robi zdjęcia… Uważam, że w świecie 2.0 granice między tymi określeniami przestały mieć jakiekolwiek znaczenie…

[edycja 02.09.12: http://www.fotopolis.pl/index.php?n=15489&samsung-galaxy-camera – Samsung zaprezentował swój nowy produkt Galaxy Camera. Polecam zerknąć pod ten link w ramach podkreślenia kierunku fotografii, o której pisałem powyżej. ]

autor: Piotr Sztompke





Kulinarny pojedynek, marketingowe zwycięstwo

21 08 2012

Niewątpliwie kulinarna kampania reklamowa sieci sklepów Lidl była jedną z głośniejszych i ciekawszych akcji marketingowych w Polsce w ostatnim czasie. Istnieje przeświadczenie, że efektywna reklama powinna być innowacyjna i niekonwencjonalna. Musi wychodzić poza schemat…  Tymczasem Lidl serwuje nam kampanię o bardzo prostym wzorze:

zasadzenie ziarna niepewności  –>  okres pobudzania wyobraźni –> finał akcji + (najważniejsze)  kontynuacja przekazu na wielu kanałach komunikacji.

Ale zacznijmy od początku. W lipcu na ulicach pojawiły się  billboardy z wizerunkiem dwóch kucharzy Pascala Brodnickiego i Karola Okrasy. Jedyną informacją, którą mogliśmy uzyskać z tych reklam była zapowiedź pewnego rodzaju pojedynku między nimi, który ma rozpocząć się 30 lipca.

W telewizji pojawiła się reklama w formie ciekawego teasera. Wszystko wskazywało na pojawienie się nowego, kulinarnego show – panie domu, kucharze amatorzy, poszukiwacze nowych smaków już zacierali ręce. Czekali aż do 30 lipca, kiedy rozwiały się wszelkie wątpliwości. Wydaje mi się, że nastąpił też moment pewnego rodzaju zawiedzenia (?). Ludzie spodziewali się kulinarnego show, a tymczasem zderzyli się z reklamą supermarketu.

I w tym miejscu przechodzimy do meritum. To zawiedzenie nie mogło trwać dłużej, ponieważ marce Lidla udało się stworzyć kulinarne show na miarę XXI wieku.  Show, którego treść idealnie przepływa przez wiele kanałów komunikacji – świetny serwis http://www.kuchnialidla.pl, liczne filmy na YouTube, dobrze prowadzony fanpage na Facebooku, czy otwarty czat z kucharzami (twarzami marki). Do tego dochodzą ogólnokrajowe stacje TV i radiowe, prasa, outdoor i wszelkiego rodzaju POSM. Przepływ przez tak liczne kanały zwiększa oczywiście możliwość trafienia do najszerszego i zróżnicowanego (!) grona odbiorców… Ale skupmy się na contencie funkcjonującym w sieci. Z jednej strony jest to nadal (tylko) reklama, a z drugiej wielka maszyna napędzająca kulinarne show. Podkreślę, że każdy nowy filmik z Okrasą i Pascalem, atrakcyjny post na Facebooku, przepis na stronie www jest niczym innym jak reklamą Lidla. I tu tkwi sedno sukcesu kampanii – ludzie chcą to oglądać, uczestniczyć i śledzić! Wchodzą na kuchnialidla.pl z nadzieją, że pojawiły się kolejne filmiki z trickami i przepisami, śledzą fanpage, uczestniczą w życiu marki. Tak właśnie powinna wyglądać reklama w nowych mediach, która prędzej, czy później wypchnie tę tradycyjną (lub już wypycha). 

Jestem bardzo ciekaw efektywności kampanii „Pascal vs Okrasa” wyrażonej wzrostem (bądź spadkiem) sprzedaży w całej sieci…. Lecz jestem pewny efektowności tej akcji i sądzę, że marka Lidl zyskała ogromnego plusa w rubryce „wizerunek”.  Ostatnim elementem schematu całej kampanii była „kontynuacja przekazu(…)”. W tym miejscu chciałbym pochwalić fanpage Lidla. Odbiega on co prawda od „tradycyjnej szkoły fanpage’a firmowego”, lecz ważne jest to, że wcale na tym nie traci! Posty są długie, często zawiłe, a czasem nawet nie wnoszące żadnej wartości. Mimo tego, przez ostatni miesiąc liczba followerów tego fanpage’a powiększyła się o 100 tysięcy (obecnie wynosi 221 984), lecz co ważniejsze – są to fani aktywni. Podoba mi się ciągła interakcja między Lidlem, a fanami (w tym odpowiedzi na słowa krytyki) – duży plus za pozytywne zaistnienie w strefie social.

Podsumujmy:
– ciekawa kampania reklamowa oparta na prostym schemacie.

– bardzo dobra kontynuacja przekazu i obustronna komunikacja w sieci.

– podkreślę jeszcze raz: zapowiadało się, że będzie kulinarne show i w gruncie rzeczy mamy kulinarne show na miarę XXI wieku (z tym, że pod banderą sieci supermarketów).

– czekamy na sprawdzenie efektywności całej akcji.

– kampania z pewnością świetnie wpłynęła na wizerunek firmy.

– przyszłością reklamy jest to, że ludzie z własnej woli będą ją chcieli odbierać.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o pierwszy nieśmiały wpis na blogu New Media Follower.

autor: Piotr Sztompke





Witaj świecie! – New Media Follower

19 08 2012

  Blog można ożywić na dwa różna sposoby. Pierwszy z   nich to wpis powitalny – o czym będziemy pisać,  co nas interesuje, czego oczekujemy. Drugi sposób to ominięcie wszelkiego rodzaju wstępów i napisanie z grubej rury to co nam na sercu leży. Osobiście zdecydowałem się jednak na opcję numer 1.

 Tematyka bloga New Media Follower, jak sama nazwa wskazuje będzie sięgała zagadnień z obszaru social media, mediów konwergentnych, projektów crossmediowych, współczesnego marketingu i jego ciekawych przykładów. Jednak nie traktujmy tego wpisu jako wzoru – powyższe przykłady stanowią dla mnie jedynie pewnego rodzaju wytyczne.

 Nie zabraknie wpisów o ciekawych kampaniach reklamowych (zapewne w kolejnym wpisie na ruszt trafią ostatnie akcje Lidla), recenzji aplikacji mobilnych, a nawet luźnych rozmyśleń na temat przenikania świata wirtualnego do rzeczywistości.

 Myślę, że każdy kto stara się aktywnie uczestniczyć w otaczającym go świecie znajdzie tu coś dla siebie. To o czym zamierzam pisać dotyczy każdego z nas! Nie tylko marketingowców, geeków, fanów social media. Jeśli czytasz ten wpis, to znaczy że funkcjonujesz w złożonym świecie zwanym siecią, a jeśli w nim żyjesz to obszar tego bloga dotyczy też Ciebie 🙂

 Od zmian ku cyfryzacji i mobilności nie uciekniemy. Zmiany dotyczą wszystkiego – od urządzeń technologicznych do sposobu myślenia i funkcjonowania w codziennym życiu. Dlatego też warto być z nimi na bieżąco.

autor: Piotr Sztompke