Dlaczego korzystamy z mediów społecznościowych?

28 12 2012

No właśnie… Dlaczego? Po co? – czyli kilka słów o naszej obecności w mediach społecznościowych, a wszystko to zainspirowane rodzinnymi dyskusjami przy rodzinnym stole 🙂

(Co prawda na fanpage’u New Media Follower  wspominałem o notce na temat konfliktu międzypokoleniowego w postrzeganiu social media, ale tę póki co odkładamy na później).

Wiele mądrych głów, tworzących polskie internety pisało w raportach o tym, dlaczego spędzamy całe godziny korzystając z mediów społecznościowych. Najczęściej wymieniane powody to podtrzymywanie relacji ze znajomymi, lub dbanie o wizerunek zawodowy w sieci. Ok, wszystko się zgadza, ale powiedziałbym, że taki tok myślenia jest trochę przestarzały i pochodzi z epoki Grono.net, Nk.pl, czy Fotki (oczywiście ze szczerym szacunkiem dla tych portali) i nijak się mają do współczesnych realiów social media.

Dziś w erze Foursquare’a, Twittera, Pinteresta, Facebooka i wielu innych portali będących ze sobą zsynchronizowanymi, na to wszystko powinniśmy patrzeć nieco szerzej. Ale po kolei… Nie wchodząc w psychologię i socjologię, niepodważalnym faktem jest to, że każdy buduje swój wizerunek, chcąc wyrazić siebie i swoją pozycję. Jedni noszą drogie zegarki i jeżdżą samochodem najwyższej klasy, inni siedzą w Starbucksie czytając niezależną prasę na sprzęcie z nadgryzionym jabłuszkiem, jeszcze inni schludnie ubrani udzielają się w Zarządzie Samorządu Studentów UW. Zmierzam do tego, że każde nasze zachowanie nas w jakiś sposób wyraża. Sytuacja z social media jest analogiczna do naszych zachowań w rzeczywistym świecie.

Jakiś czas temu pisałem o przenikaniu się e-świata z rzeczywistością w Facebook w naszym życiu, czy na odwrót?. Możemy uznać, że notka, którą właśnie czytasz jest uzupełnieniem tej wcześniejszej.  Wróćmy jednak to tematu – mamy dwa równoległe, w dużej mierze przenikające się światy. W obydwu nasze zachowania mają ten sam cel – kreacja swojej osoby. To co publikujemy na swojej ścianie, o czym tweetujemy i gdzie się checkinujemy, to buduje nasz wizerunek. Jest to wizerunek zarówno towarzyski, zawodowy, jak i szeroko ujmując społeczny.

Poszczególne czynności, jakie wykonujemy korzystając z social media są tym samym co dobór odpowiedniej marynarki do pracy, używanie danego modelu smartfona, czy noszenie przypinki ulubionego zespołu na klapie kurtki. Nie ważne, czy skupiamy się na utrzymywaniu kontaktów ze starymi znajomymi, lansowaniu swojego CV, czy angażowaniu się w akcje pomocy dla bezdomnych kotów – to wszystko służy kreacji naszej osoby. To z kolei jest niezaprzeczalnie ważną potrzebą każdego z nas – dlatego właśnie korzystamy z social media.

autor: Piotr Sztompke

Reklamy




Facebook w naszym życiu, czy na odwrót?

23 10 2012

Tym razem nie o reklamach, projektach crossmediowych, czy potencjale marketingowym drzemiącym sobie w portalach społecznościowych…

 

Obserwując naszą rzeczywistość i świat 2.0, coraz częściej napotykam sygnały, że granica między tymi światami w większej mierze się zatarła, bądź przestała mieć znaczenie. Dawniej, jeszcze kilka/kilkanaście lat temu, to co było w Internecie było „obce”. Nie ufało się treściom znalezionym w sieci i za wszelką cenę chcieliśmy zachować anonimowość – podanie danych osobowych, czy numeru telefonu było czymś bardzo niepożądanym.

Z biegiem lat coś się zmieniło… Adres mailowy z imieniem i nazwiskiem jest jak najbardziej wskazany w życiu zawodowym, bierzemy udział w konkursach, które wymagają od nas podania danych osobowych, rejestrujemy się na portalach społecznościowych, na których dzielimy się z Internautami dosłownie wszystkim.

Swoje myśli chciałbym pozbierać na przykładzie Facebooka, ale jestem pewien, że możemy je odnieść również do szerszych perspektyw.

Zacznijmy od tego, że wszystko co posiadamy, co myślimy i czujemy przenosimy do sieci. Istniejemy na Facebooku i funkcjonujemy używając swoich prawdziwych danych. Wrzucamy swoje zdjęcia, również te prywatne (wakacje z dziewczyną, impreza, czułe chwile z malutkim dzieckiem itd.), informujemy o statusie zawodowym, przedstawiamy historię swojej edukacji. Otaczający nas ludzie na Facebooku mogą dowiedzieć się, czy jesteśmy w związku, jaki charakter ma ta relacja itd. itp. etc. – krótko mówiąc przenosimy swoją całą osobę do świata wirtualnego.  Ok, więc tym sposobem przenieśliśmy tam świat rzeczywisty.

Z drugiej strony zauważyłem, że to co dzieje się w świecie rzeczywistym jest silnie zdeterminowane tym, co aktualnie dzieje się na Facebooku (i na innych portalach społecznościowych – rzecz jasna). Zacznijmy od tego najprostszego i najbardziej oczywistego aspektu… Spotykamy się ze znajomymi na piwo,  a punktem wyjścia do rozmowy jest właśnie… Facebook.
Kto zmienił status związku, kto udostępnił śmieszne zdjęcie, „kim był ten dureń, który tak skomentował Twój wpis o…?”, „pamiętacie jak wstawiłem posta o….?” – o tym się rozmawia. Warto też zauważyć, jak wiele miłosnych związków rozpada się i powstaje dzięki temu co dzieje się na Facebooku. Tu powstaje też wiele konfliktów, które swoje początki mogą mieć np. w rozbieżności zdań uwzględnionych w komentarzach…  Uważam, że Facebook ma ogromny wpływ na nasze życie towarzyskie.

Idąc dalej tym tropem – organizujemy spotkanie ze znajomymi, imprezę, koncert, event kulturalny – to „wydarzenie” na Facebooku stanowi główne źródło informacji przydatnych zarówno dla uczestników, jaki dla organizatora. Kto z kim przyjdzie, o której wpadnie na domówkę, czy jak przyjdzie ubrany – tego dowiadujemy się z Facebooka!
„Ooo,  obecność na koncercie w moim klubie zgłosiło dwa razy więcej publiczności niż się spodziewałem, muszę uzupełnić braki na barze” – rzekł manager klubu oglądając stronę nadchodzącego wydarzenia, co przyczyniło się do wprowadzenia pewnych zmian w świecie rzeczywistym.

Kolejnym przykładem, którego pominięcie byłoby niewybaczalnym grzechem, są wszelkiego rodzaju e-inicjatywy społeczne, które swój finał mają w rzeczywistości. Najgłośniejszymi były chyba demonstracje związane z ACTA i ta dotycząca przeniesienia krzyża z Krakowskiego Przedmieścia do kościoła. Przyczyną tak  ogromnego zrywu były oczywiście wydarzenia na Facebooku, które zaangażowały ludzi drogą wirusową.

Życie toczące się na Facebooku ma ogromny wpływ na rzeczywistość…

Takich luźnych myśli związanych z niezmierzonym wpływem świata wirtualnego na rzeczywistość moglibyśmy sobie wyliczać w nieskończoność… A ja tymczasem chciałbym zasugerować, żebyśmy zastanowili się nad tym wszystkim. Nie uciekniemy od zmian, które przynosi nam przyszłość (nawet ta najbliższa)… Dwa światy, o których wyżej pisałem będą zlewać się coraz bardziej. Ale najważniejsze jest w tym wszystkim, żeby nie utracić własnego, rzeczywistego JA. Nie możemy zapomnieć, że są ciekawsze i bardziej wartościowe tematy do rozmowy i zajęcia, niż te które podsunie nam Facebook. 

Wiem, wiem: „i kto to mówi?” – Internet, mechanizmy rządzące światem 2.0 mogą być pasją, możne nimi i w nich żyć, ale jeszcze raz podkreślę, nie można zatracić własnego rzeczywistego ja z głową na karku!





Reklama 007

16 10 2012

Zbliża się 50. rocznica  powstania pierwszego z 22. filmów o najsłynniejszym agencie – 007. W dodatku na 23 października zaplanowana jest światowa premiera kolejnej części przygód Jamesa Bonda – Skyfall. Cała seria gromadzi wokół siebie miliony fanów, zarówno na świecie, jak i w Polsce. Ale nie tylko my o tym wiemy… Wiedzą też o tym spece od marketingu, dzięki którym od początku października jesteśmy zalewani (co prawda świetnymi) reklamami mniej lub bardziej nawiązującymi do serii o 007.

Na pierwszy ogień pójdzie reklama Heinekena.

a) Fabuła reklamy to świetne połączenie klimatu filmów z Bondem z charakterystycznym „facetem idealnym”, który w reklamie natyka się na rozmaite osobistości, co tworzy super atmosferę ostatnich reklam Heinekena.

b) To samo możemy powiedzieć o muzyce – świetnie połączenie słynnego motywu Mony’ego Normana i piosenki Man like that Gin Wigmore. Ta reklama do mnie trafia – jestem na tak! 🙂

Kolejna reklama prezentuje nam nowego smartfona Xperia – „urządzenia, z którym James Bond się nie rozstaje”

a) Fabuła reklamy jest jakby sceną wyciętą z filmu o Bondzie – pościgi, ucieczka,  ekskluzywne pojazdy, elementy parkour’u. Niestety nie przyciąga jednak mojej uwagi na tyle, abym zainteresował się tym smartfonem…

b) Muzyka – według mnie, mało oryginalnie. Oczywiście mamy aranżację słynnej ścieżki dźwiękowej, ale czegoś tu brakuje…

I następną reklamą, która mniej lub bardziej nawiązuje do przygód Jamesa Bonda jest reklama Orange Open z Sercem i Rozumem.

W tej reklamie nie ma bezpośrednich nawiązań do filmów z Bondem. Pojedyncze nawiązania wyłapujemy w zabawnej grze słów, która toczy się przez cały materiał. Pozostaje jedynie ogólny klimat, jaki tworzą stroje głównych bohaterów, motyw zlecania misji, pseudonim „O” itd. Muzyka w reklamie też nie  jest bezpośrednim nawiązaniem do zbliżającej się premiery, a jednak niewątpliwie reklamę kojarzymy z najsłynniejszym agentem brytyjskiego wywiadu – i to jest sukces jej autorów.

Na zakończenie reklama Coli Zero, którą pozostawię bez dłuższego komentarza. Moje serce zdobyła dzięki scenie z Astonem Martinem – kultowym samochodem Bonda 🙂

autor: Piotr Sztompke





Masz 5 sekund – nie zmarnuj tego

12 10 2012

Dane dotyczące serwisu YouTube powalają na kolana. Około 72 godzin materiału video trafia tam w każdej minucie,  każdego dnia około 4 miliardów razy klikany jest przycisk „play” i 800 milionów unikalnych użytkowników – robi wrażenie, prawda? 

Nie trzeba być guru marketingu, żeby stwierdzić – „Aha! W tym jest potencjał! Trzeba go wykorzystać!”.  Jak wiadomo YouTube należy do imperatora sieci Google, który w swoim Google AdWords oferuję masę form reklamowych, w tym związanych z wiedo. Dziś na ruszt idzie forma z tak zwanej grupy reklam trueview – InStream (znany również pod nazwą pomijalnego prerolla). Jest to nic innego, jak wyświetlenie reklamy przed właściwym materiałem. Widz jest zmuszony do obejrzenia pierwszych pięciu sekund reklamy, po czym ma możliwość jej pominięcia. Dziś jest to najpopularniejsza forma reklamy na YouTubie (a jej stopień obejrzeń waha się od 20% do 50% – więc co by nie mówić, sporo!).

No właśnie, wyżej padło magiczne hasło pięciu sekund. To jest ten czas, kiedy podejmuję decyzję, czy chcę obejrzeć całą reklamę. InStreamy napotykam dosyć często, jednak niezbyt często oglądam całą reklamę. Czas przytoczyć klasyka(…z reklamy): Rany […] takie smuty, że aż zęby bolą… Potrzebuję ostrych wrażeń, żeby mi ten… Mózg zlansowało!”. W ciągu tych pięciu sekund nie powinienem się zorientować, że to reklama! Że ktoś chce coś mi sprzedać. W głowie w tym czasie powinna się pojawić wielka chmura z napisem „wow! Chcę to obejrzeć!”. Takiego efektu z pewnością nie wywoła u mnie nudna kreacja logo na „dzień dobry”. Przy reklamie nie zostanę również, gdy wprowadzenie (5 sekund!) jest monotonne – np. jedno ujęcie, powolna gra światła itd. Osobiście uważam, że reklama video na YouTubie niepodważalnie różni się od tej w tradycyjnej TV – dlatego też, nie przekonują mnie reklamy (na YT), w których narrator zaczyna opowiadać mi np. o plusach założenia konta bankowego w placówce X.

Korzystam z YouTube’a z dwóch powodów – rozrywka i pozyskanie informacji. Dlatego szukając teledysku, bądź jakiegoś kultowego hitu sieci chętnie obejrzę video pełne akcji, albo po prostu ciekawą historię w niekonwencjonalnej formie. (Obecnie moja ulubiona historia to reklama Heinekena nawiązująca do najnowszego Bonda). Gdy szukam konkretnych informacji, tym bardziej nie mam ochoty ukierunkowywać swojej uwagi np. na oprocentowanie lokaty w baku X. Reklama video w sieci musi być na tyle atrakcyjna, żeby ludzie sami chcieli ją oglądać! W dodatku reklama ma 5 sekund, żeby ich do siebie przekonać (oczywiście, jeśli mowa o trueview instream).

Autorze reklamy, dlatego masz 5 sekund, nie… zmarnuj tego! 🙂

autor: Piotr Sztompke





QR Kody – co z nimi nie tak?

16 09 2012

QR Kody pojawiają się, są widoczne, ale czy ktoś je skanuje? Czy kogoś interesuje co kryje się „po drugiej stronie”?

Obecnie około 6-7 milionów Polaków to użytkownicy smartfonów (oznacza to, że smartfony stanowią ponad 40%  komórek w Polsce). Ponad 5,19 mln internautów to użytkownicy sieci mobilnej. Po co podaję te dane? A po to, żeby uniknąć twierdzeń, że podstawową barierą w skanowaniu kodów QR są techniczne ograniczenia. Miejsc z darmowym WI-FI, szczególnie w dużych miastach (centra handlowe, skwery, puby, restauracje, sklepy) jest coraz więcej, a pakiety mobilnego Internetu tanieją z dnia na dzień. Niestety nie dysponujemy jeszcze konkretnymi statystykami odnoszącymi się do skanowania kodów QR przez polskich użytkowników mobilnej sieci. Z drugiej strony o moje uszy obijają się opinie, że popularność użytkowania QR kodów leży, albo (o zgrozo!) nigdy nie słyszało się cóż to takiego jest. Może szeroko pojęte zastosowanie i wykorzystanie QR kodów jeszcze się rozwinie… ALE jak ma do tego dojść skoro owe kody wlepiane są bez pomysłu i większego sensu.  Poniżej  kilka słów w stylu „QR CODE? You’re doing it wrong”

  • Po co skanować, skoro  treść wynikająca z przekierowania nijak ma się do potrzeb użytkownika? 

Skanując QR Kod chcę otrzymać naprawdę przydatną informację (nie mówiąc o formie dostosowanej do mobilnych urządzeń), albo najprościej ujmują sprawę – chcę dostać atrakcyjny content. Tak zwanego hejta kieruję w szczególności do QR Kodów, które przekierowują mnie na ogólnie mówiąc główną stronę (czy to producenta, czy marki). Użytkowość takiej treści, podczas gdy jestem poza domem (bo oczywiście wtedy najczęściej zdarza mi się skanować) jest równa zeru! Nieco mniejsze rozczarowanie (chociaż również się pojawia) spotyka mnie, kiedy zostaję przekierowany na Facebook’owy fanpage. Taka treść  jest atrakcyjna, ale nie poza domem, kiedy jestem w ciągłym ruchu. Jakoś nie przemawia do mnie przeglądania fanpage’a firmy/produktu/usługi jadąc windą, autobusem, czy przechodząc przez centrum handlowe 🙂

Co w takim razie zadowoliłoby mnie po drugiej stronie QR Kodu? – powtórzę – użytkowa i atrakcyjna treść. Skanuję kod z plakatu reklamującego nowy hit kinowy. Po cholerę mam być przekierowany na stronę, bądź fanpage tego filmu, skoro na moim telefonie mógłby się pojawić repertuar – w jakich godzinach i w jakich kinach grany jest właśnie ten film. To samo odnosi się do QR Kodów na plakatach informujących o np. koncertach. Przekierowanie na stronę wydarzenia na Facebooku? No niezbyt mądre, bo wszystkie informacje mam na plakacie, ale przydałby się line-up z dokładną rozpiską godzin koncertów na moim telefonie. Jako przykład ciekawego zastosowania QR Kodów (chociaż może mało oryginalnie) podam zeszłoroczną akcję sieci Play. Chodzi mi dokładnie o reklamy w warszawskim metrze z kodem, który po zeskanowaniu dawał nam możliwość darmowego pobrania gry na telefon. Mc Donald’s również się wykazał – po zeskanowaniu QR Kodu przy kasie, na moim smartfonie pojawiły się kupony rabatowe na wybrane zestawy – to jest właśnie atrakcyjna i użytkowa treść!

  • A co z formą i umiejscowieniem QR kodu?

To, że technologia i ogólny zamysł QR Kodów jest po prostu fajna, nie znaczy, że musimy je umiejscawiać wszędzie za wszelką cenę. Z szacunkiem dla pomysłodawców, ale zupełnie nie pojmuję wrzucania QR Kodów na autobusach od zewnętrznej strony! „Chwileczkę panie kierowco, niech pan nie cofa muszę zeskanować kod”…. Albo wyobraźcie sobie sytuacje, jak ktoś jedzie 20 cm za autobusem, jedną ręką trzyma smartfona, drugą kierownicę, a nogą zmienia bieg…

Kolejnymi „ultra pomysłami” jest umieszczanie QR Kodu gdzieś w górnej części billboard’u, albo na elewacji budynku, co uniemożliwia zeskanowanie go przez przechodnia. Z drugiej strony dostajemy ulotkę, na której obok małego druku widzimy znajomy kwadracik o wymiarach 0,5 cm x 0,5 cm – no brawo, ale niestety kod jest za mały, żeby dał się zeskanować przez większość smartfonów. Logicznym chyba jest fakt, że QR Kod będzie cieszył się większą popularnością w miejscu z otwartym WI-FI – ale tego nie ma potrzeby tłumaczyć…

A na zakończenie: Wraz ze wzrostem liczby użytkowników mobilnej sieci,  rośnie nadzieja, że zjawisko QR Kodów w końcu zacznie mieć realny sens! 

I kilka ciekawych case’ów związanych z QR Kodami:

Akcja U-code podczas Open’era.

Słoneczne oferty, czyli QR Kod w samo południe.

Skanowane zakupy dla zapracowanych.

autor: Piotr Sztompke

New Media Follower





Fotografia instant

27 08 2012

Nie ukrywam, że memy typu „Kup sobie lustrzankę i mów, że jesteś fotografem”, lub „Załóż fanpage: imię, nazwisko photography – mów, że jesteś profesjonalistą”, wywołują u mnie lekki uśmiech. Z drugiej strony jako fan nowych rozwiązań technologicznych nie mam żadnych „ale” do wykorzystywania ich w celu ułatwiania sobie życia. Z trzeciej strony, (chyba) jestem pewien, że wyraz artystyczny można dać zarówno skrupulatnie ustawiając wszystkie funkcje Zenita, jak i wybierając odpowiedni filtr w RetroCamerze na naszym smartfonie… I takie właśnie luźne przemyślenia plus kilka ciekawych artykułów skłoniły mnie do napisania tego tekstu.

Zacznijmy od początku… Przenosimy się do paleolitu, gdzie mamy malowidła na ścianach jaskiń, nieco później mozaiki, hieroglify, zdobienia przedstawiające mitologiczne wydarzenia. Następnie średniowieczne obrazy, portrety królów oraz dostojników. W między czasie pojawiła się camera obscura pozwalająca udoskonalić malarstwo dzięki możliwości analizy perspektywy. Nagle w roku 1826 Joseph Niepce odtwarza widok ze swojej pracowni, urządzeniem nazwanym aparatem fotograficznym. W 1888 roku firma Kodak sprzedawała już swoje aparaty używając sloganu „Ty naciskasz przycisk, my robimy resztę”. Historia fotografii toczy się aż do dziś, udoskonalając przez lata techniki i urządzenia służące do coraz szybszego utrwalania poszczególnej chwili w rzeczywistości! I o to w tym wszystkim chodzi. Zauważmy, że od samego początku techniki utrwalania rzeczywistości dążą do uproszczenia całego procesu. Nietrudno zauważyć, że fotografia zmierza do pewnego rodzaju natychmiastowości, do bycia instant. Dlaczego? A dlatego, że to jest między innymi kierunek wyznaczony przez świat 2.0… Kierunek, którego nie unikniemy. Ale na tym nie koniec – dziś równie ważna co czas produkcji (w tym przypadku zrobienia dobrego zdjęcia) jest dystrybucja (w tym przypadku publikacja). I to jest powód dla którego aparaty cyfrowe już odchodzą do lamusa. Nadeszła era smartfonów i iPhone’ów. Dlaczego? Nic prostszego. Dzięki aplikacjom ze świetnymi filtrami (Instagram, czy chociażby RetroCamera) użytkownicy mogą robić naprawdę dobre i ciekawe zdjęcia. Co więcej bez trudu możemy poprawiać ich jakość.

Drugim powodem jest możliwość błyskawicznej (wyżej wspomnianej) dystrybucji – opublikowania fotografii gdziekolwiek w sieci. Dzielenie się, share’owanie to przecież podstawa współczesnych mediów, z których codziennie korzystamy! Uważam, że to drugi powód jest determinantem zjawiska odchodzenia od klasycznych cyfrówek w stronę smartfonów.

Czy zdjęcie zrobione smartfonem/iPhone’em może być profesjonalne? I tu zaczyna się dyskusja. Osobiście uważam, że jak najbardziej może! Zaczynijmy od  dosyć dziwnego pomysłu (aczkolwiek świetnie wpisującego się w kierunek zmian świata 2.0) – możliwości zamontowania obiektywów Canona, lub Nikona do iPhone’a. Kolejnym przykładem może być fotoreportaż o rewolucjach arabskich Corentin Fohlen (jego zdjęcia zdobywają prestiżowe nagrody), całkowicie zrealizowany dzięki iPhone’owi. I oto właśnie chodzi zarówno we współczesnym dziennikarstwie, czy zwyczajnej rozrywce polegającej na robieniu zdjęć ! Uchwycenie chwili w dobrej jakości, ewentualnie nałożenie ciekawego filtru podkreślającego jej wyraz i natychmiastowe opublikowanie jej całemu światu.

Na koniec chciałbym podkreślić, że podstawowy cel zostaje ten sam, co przy malowidłach skalnych – uchwycenie danej chwili i jej atmosfery zaistniałej w rzeczywistości. Zmienia się tylko technika realizacji tego celu i sposób rozpowszechniania jej efektów.

Celowo nie poruszyłem kwestii kto jest artystą, kto dziennikarzem, kto fotografem, a kto po prostu robi zdjęcia… Uważam, że w świecie 2.0 granice między tymi określeniami przestały mieć jakiekolwiek znaczenie…

[edycja 02.09.12: http://www.fotopolis.pl/index.php?n=15489&samsung-galaxy-camera – Samsung zaprezentował swój nowy produkt Galaxy Camera. Polecam zerknąć pod ten link w ramach podkreślenia kierunku fotografii, o której pisałem powyżej. ]

autor: Piotr Sztompke





Witaj świecie! – New Media Follower

19 08 2012

  Blog można ożywić na dwa różna sposoby. Pierwszy z   nich to wpis powitalny – o czym będziemy pisać,  co nas interesuje, czego oczekujemy. Drugi sposób to ominięcie wszelkiego rodzaju wstępów i napisanie z grubej rury to co nam na sercu leży. Osobiście zdecydowałem się jednak na opcję numer 1.

 Tematyka bloga New Media Follower, jak sama nazwa wskazuje będzie sięgała zagadnień z obszaru social media, mediów konwergentnych, projektów crossmediowych, współczesnego marketingu i jego ciekawych przykładów. Jednak nie traktujmy tego wpisu jako wzoru – powyższe przykłady stanowią dla mnie jedynie pewnego rodzaju wytyczne.

 Nie zabraknie wpisów o ciekawych kampaniach reklamowych (zapewne w kolejnym wpisie na ruszt trafią ostatnie akcje Lidla), recenzji aplikacji mobilnych, a nawet luźnych rozmyśleń na temat przenikania świata wirtualnego do rzeczywistości.

 Myślę, że każdy kto stara się aktywnie uczestniczyć w otaczającym go świecie znajdzie tu coś dla siebie. To o czym zamierzam pisać dotyczy każdego z nas! Nie tylko marketingowców, geeków, fanów social media. Jeśli czytasz ten wpis, to znaczy że funkcjonujesz w złożonym świecie zwanym siecią, a jeśli w nim żyjesz to obszar tego bloga dotyczy też Ciebie 🙂

 Od zmian ku cyfryzacji i mobilności nie uciekniemy. Zmiany dotyczą wszystkiego – od urządzeń technologicznych do sposobu myślenia i funkcjonowania w codziennym życiu. Dlatego też warto być z nimi na bieżąco.

autor: Piotr Sztompke