Not bad: Tiger

8 04 2013

Tracąc setki tysięcy godzin przedzierając się przez kolejne zakątki internetów niemożliwym jest (pomimo zjawiska ad blindness) abyśmy nie natykali się na reklamy przykuwające naszą uwagę. Niestety poszczególne marki czasami na tym tracą, gdyż mogą osiągnąć 101. level w irytowaniu (o czym pisałem TU). Tym razem na warsztat idzie marka Tiger, czyli obecny konkurent Blacka (który jeszcze niedawno chciał przykuć naszą uwagę śpiewającym Tysonem).

W moim przypadku czynnikiem, który najbardziej determinuje skupienie się na reklamie, jest ścieżka dźwiękowa, ewentualnie cięty, mocny i zaskakujący język… Czy nowa kampania TIGERA przykuła moją uwagę? Chyba tak, bo coś w tym jest, skoro o tym piszę.

Tiger wkracza na salony! A raczej do klubów i na imprezy, celując do młodych ludzi nocnego życia, pewnych siebie, nie bojących się przygód. Ale to nie wszystko! Pojawia się pewnego rodzaju brand hero. Nie trudno jednak się domyślić, że będzie to… tygrys🙂 Tygrys doradca, który próbuje w barmanie/imprezowym chłopaczku obudzić takiego młodzieżowego „faceta”. W sumie kwestie p. Tygrysa wcale nie są takie żenujące – wystarczy odrobina dystansu i reklamy stają się całkiem ciekawe, a na pewno odważne (jak na polskie reala – rzecz jasna!)
Filmy zostały opublikowane na YT, jeden wczoraj (07.04), drugi dziś (08.04) i póki co jedyne co zbierają  falę komentarzy pod adresem Sokoła, który użyczył swojego głosu w reklamie… („A teraz wjeżdża Sokół, pseudonim narrator” autorstwa sitch24).  Czekam z niecierpliwością, co jeszcze wymyśli dla nas marka Tiger, żeby obudzić w nas klubowego tygrysa…

Tiger: Pójdziesz ze mną do łóżka?

Tiger: Kierownik wodopoju

Piotr Sztompke





Heyah – kontrowersje i Lenin.

8 01 2013

50ebba166a014_k27

W ubiegłym tygodniu w mediach pojawiła się nowa kampania Heyah (autorstwa agencji G7) z Włodzimierzem Leninem w roli głównej – pstryk – burza gotowa.

Ale od początku…  Z zaczerwienionego (przypadek? Nie sądzę:) ) oka dziewczyny wychodzi Lenin, resztę zobaczcie sami:

Komisja Etyki Reklamy ma ręce pełne roboty. Do tej pory wpłynęło do niej około 800 skarg na tę reklamę, a część z nich odwoływała się nawet do łamania prawa (propagowanie ustrojów totalitarnych). Co więcej w internecie wybuchła prawdziwa burza. Na fanpage’u Heyah pojawiło się mnóstwo negatywnych komentarzy (polecam przejrzeć), a na YouTube’ie pojawiły się filmy zestawiające zbrodnie związane z ustrojem komunistycznym i Heyah oraz nie mogło zabraknąć ironicznych memów związanych z totalitaryzmem i tą marką. Po wpisaniu na YT hasła „Heyah reklama lenin” możemy trafić na takie tytuły, jak: „Radykalny zbrodniarz postać Heyah”, lub ” Skandal – Heyah – Lenin i komuna!”.  Tłum zbulwersowanych i oburzonych reklamą stale powiększał się w ciągu ostatniego tygodnia.

4 stycznia na fanpage’u Heyah zostało opublikowane oświadczenie:

W odpowiedzi na komentarze, które pojawiają się w nawiązaniu do naszej ostatniej kampanii chcieliśmy powiedzieć, że jedynym celem reklamy jest poinformowanie Konsumentów o najnowszej ofercie sieci heyah, dzięki której użytkownicy mogą otrzymać 60 minut do wszystkich za 1 złoty.
Kampania została przygotowana w wyraźnie żartobliwy sposób i próby rozważania spotu inaczej niż jako nawiązanie do słowa rewolucja, nie są kierunkiem, w którym chcieliśmy iść.

(btw. oficjalne oświadczenie z błędem – Heyah z małej litery. – no cóż, czepiam się:) )

Pomimo swojej wiedzy i świadomości historycznej, osobiście nie rusza mnie ta reklama. Nie budzi we mnie negatywnych emocji, nie ciskam pilotem w telewizor, gdy ją widzę. Nie wypisuje na fanpage’u Heyah „Precz z komuną!”…  Z drugiej strony wzbudza we mnie pewne zainteresowanie, spowodowane niezrozumieniem. Czy agencja G7 naprawdę sobie nie zdawała sprawy, że taka reklama nie zostanie przyjęta zbyt miło w naszym kraju? Czy Heyah, jako klient zatwierdzający kampanię naprawdę liczył na jej sukces?

Czy reklama rzeczywiście propaguje komunizm? Według mnie nie. Jest to rodzaj komizmu i karykatury. Chociaż subiektywnie rzecz biorąc, reklama nie budzi we mnie negatywnych emocji, powinna zostać zdjęta ze względu na nieprzychylne odczucia ogromnej grupy konsumentów.

Wczoraj Heyah opublikowała takie oświadczenie:

Heyah

Jedno jest pewne – reklama wywołała burze, wzbudziła zainteresowanie marką, która ostatnimi czasy zupełnie zniknęła z mediów. Słowo Heyah zagościło na wielu blogach, w wielu Facebookowych postach i na największych polskich serwisach informacyjnych. Kampania „Dawajcie! Nawijajcie!” z pewnością przypomniała wszystkim o marce Heyah, dając jej nowego rozgłosu. Pytanie, czy walka o świadomość marki konsumentów, takimi metodami przyniesie oczekiwane skutki? We will see…

autor: Piotr Sztompke





Dlaczego korzystamy z mediów społecznościowych?

28 12 2012

No właśnie… Dlaczego? Po co? – czyli kilka słów o naszej obecności w mediach społecznościowych, a wszystko to zainspirowane rodzinnymi dyskusjami przy rodzinnym stole🙂

(Co prawda na fanpage’u New Media Follower  wspominałem o notce na temat konfliktu międzypokoleniowego w postrzeganiu social media, ale tę póki co odkładamy na później).

Wiele mądrych głów, tworzących polskie internety pisało w raportach o tym, dlaczego spędzamy całe godziny korzystając z mediów społecznościowych. Najczęściej wymieniane powody to podtrzymywanie relacji ze znajomymi, lub dbanie o wizerunek zawodowy w sieci. Ok, wszystko się zgadza, ale powiedziałbym, że taki tok myślenia jest trochę przestarzały i pochodzi z epoki Grono.net, Nk.pl, czy Fotki (oczywiście ze szczerym szacunkiem dla tych portali) i nijak się mają do współczesnych realiów social media.

Dziś w erze Foursquare’a, Twittera, Pinteresta, Facebooka i wielu innych portali będących ze sobą zsynchronizowanymi, na to wszystko powinniśmy patrzeć nieco szerzej. Ale po kolei… Nie wchodząc w psychologię i socjologię, niepodważalnym faktem jest to, że każdy buduje swój wizerunek, chcąc wyrazić siebie i swoją pozycję. Jedni noszą drogie zegarki i jeżdżą samochodem najwyższej klasy, inni siedzą w Starbucksie czytając niezależną prasę na sprzęcie z nadgryzionym jabłuszkiem, jeszcze inni schludnie ubrani udzielają się w Zarządzie Samorządu Studentów UW. Zmierzam do tego, że każde nasze zachowanie nas w jakiś sposób wyraża. Sytuacja z social media jest analogiczna do naszych zachowań w rzeczywistym świecie.

Jakiś czas temu pisałem o przenikaniu się e-świata z rzeczywistością w Facebook w naszym życiu, czy na odwrót?. Możemy uznać, że notka, którą właśnie czytasz jest uzupełnieniem tej wcześniejszej.  Wróćmy jednak to tematu – mamy dwa równoległe, w dużej mierze przenikające się światy. W obydwu nasze zachowania mają ten sam cel – kreacja swojej osoby. To co publikujemy na swojej ścianie, o czym tweetujemy i gdzie się checkinujemy, to buduje nasz wizerunek. Jest to wizerunek zarówno towarzyski, zawodowy, jak i szeroko ujmując społeczny.

Poszczególne czynności, jakie wykonujemy korzystając z social media są tym samym co dobór odpowiedniej marynarki do pracy, używanie danego modelu smartfona, czy noszenie przypinki ulubionego zespołu na klapie kurtki. Nie ważne, czy skupiamy się na utrzymywaniu kontaktów ze starymi znajomymi, lansowaniu swojego CV, czy angażowaniu się w akcje pomocy dla bezdomnych kotów – to wszystko służy kreacji naszej osoby. To z kolei jest niezaprzeczalnie ważną potrzebą każdego z nas – dlatego właśnie korzystamy z social media.

autor: Piotr Sztompke





Irytacja – level 101.

12 12 2012

Papel-de-Parede-Meme-Jackie-Chan_1366x768Szczerze mówiąc, nie należę do grupy ludzi, którzy wyparli się telewizji (na rzecz swojej ultra alternatywnej osobowości, lub po prostu zastąpili ją internetem), chociaż faktycznie ostatnio oglądanie tv zajmuje mi znacznie mniej czasu, niż kiedyś. Z drugiej strony nie ma co ukrywać – czasami lubię zmienić się w zombie na kanapie przez telewizorem… Nietrudno też jest się  domyślić, że nie jestem typem człowieka, który unika przerw reklamowych (pytanie: czy to z lenistwa, czy faktyczne z zainteresowania reklamą?:) ). I w tym miejscu dochodzimy do tematu, o którym chcę dziś napisać – reklamy tv, które osiągnęły 101. level w irytowaniu mnie swoją treścią. Rzecz jasna podchodzę do tematu z przymrużeniem oka, ale jednak coś w tym jest…

1. Vibovit – literki żelki

No tak… Wszystko ładnie, wszystko fajnie – rodzinna atmosfera, słodki dzieciak,  niczego sobie pani mama, ale przekaz jest jeden:
Nie faszerujesz się Vibovitem? – ZGINIESZ MARNIE (jak dinozaury)! 

2. Almette – ‚zagęstniki’

Dobra, może się czepiam – albo blog, to blog – będzie subiektywnie! Rodzinka na pikniku. Przez większość czasu trwania reklamy córka zadaje pytania (chyba) tacie o zagęstniki, barwniki i konserwanty. W między czasie oglądamy serek Almette – jak smakowicie jest nabierany z pojemnika i rozsmarowany na kromce chleba… I teraz miksujemy obraz z dźwiękiem – serek almette + słowa takie jak zagęstniki, barwniki, konserwanty – jak dla mnie strzał w stopę. (btw. reklama sama w sobie jest irytująca agrrrr!!!)

3. Reklamy związane z wyłączeniem telewizji naziemnej.

Oczywiście najłatwiejszym celem do upolowania, w tej kwestii, są osoby starsze, które najnormalniej w świecie obawiają się wszelkich zmian i nie radzą sobie z czymkolwiek związanym z technologią. Sprawa jest dosyć poważna, bo zamiast zrobić użyteczną, merytoryczną i atrakcyjną reklamę – oglądamy robienie ze starszych ludzi kretynów. WTF? Co to ma znaczyć, że „dziadek ogląda telewizję na zapas, bo mu wyłączą”?! Albo „jak wymienisz telewizor na specjalny, dostosowany do polskich potrzeb model Samsunga, to Twój serialowy doktor będzie przystojniejszy”… Rozumiem, że temat jest ciężki i skonstruowanie dobrego komunikatu było dla agencji super wyzwaniem, jednak wielka szkoda, że reklamowcy poszli na łatwiznę…

Jestem przekonany, że to nie ostatni wpis związany z irytacją level 101, wywołaną ‚błyskotliwymi’ reklamami. Tymczasem idę łyknąć Vibovit, bo mam złe przeczucia przed 21 grudnia 2012🙂

btw. polecamy wyniki Chamletów 2012: http://www.joemonster.org/art/21686/Chamlety_2012_rozdane_oto_najgorsze_polskie_reklamy

Piotr Sztompke





Co nam przyniesie technologia NFC?

21 11 2012

Coraz więcej urządzeń mobilnych, takich jak smartfony i tablety jest wyposażona w technologię NFC (Near Field Communication, czyli Komunikacja Bliskiego Zasięgu). Krótko mówiąc jest to technologia umożliwiająca przekazywanie danych metodą zbliżeniową. Taki proces może odbywać się w kierunkach:

  • urządzenie <–> urządzenie
  • czytnik <–> urządzenie
  • etykieta NFC –> urządzenie

Technologia NFC kojarzy się głównie ze zbliżeniową płatnością (urządzenie – czytnik). I słusznie, bo to chyba pierwsze zastosowanie tego rozwiązania. Osobiście miałem styczność z NFC w dosyć hardkorowych warunkach zakupowych, a mianowicie na tegorocznym Przystanku Woodstock. Żeby lepiej to nakreślić opiszę, jak przebiega tam proces zakupu np. jedzenia, czy piwa. Stoisz w gigantycznej kolejce,żeby zakupić żeton, który wymieniasz na jedzenie/piwo. Szukanie w portfelu odpowiedniej kwoty, wydawanie reszty, „mogę być winna grosika?” – a czas leci… Ok, możemy iść po wyczekany obiad… Ale zaraz, zaraz do stoiska z jedzeniem prowadzi…. również spora kolejka. W „godzinach szczytu” wyprawa na obiad, lub po coś do pica zajmowała min. godzinę. W tym roku jeden z polskich banków na  Woodstocku zaproponował bardzo ciekawe i wygodne rozwiązanie. Można było nabyć sobie kartę zbliżeniową, która mogła być zasilana na miejscu poprzez wpłatę gotówki w punktach tego banku. Oczywistą oczywistością był fakt, że nabyłem taką kartę.  Za wszystko płaciliśmy zbliżeniowo, co zaoszczędziło nam mnóstwo czasu, nerwów i energii.

Jeśli chodzi o płatność dzięki NFC należy jeszcze zaznaczyć możliwość płacenia smartfonem! Posłużę się przykładem  zakupu biletów autobusowych/pociągowych właśnie przez tę technologię. Nie tracimy czasu na kiosk, kasy i kolejki (i panie z PKP:) ), tylko wsiadamy do autobusu/pociągu i jednym ruchem dłoni kupujemy bilet. Albo wyobraźmy sobie, jak sprawnie wyglądałoby przechodzenie przez bramki w metrze, gdyby nikt nie musiał szukać biletu i wyjmować karty miejskiej…

Ale nie zapominajmy, że NFC to nie tylko technologia usprawniająca płatności. To również przesyłanie danych między urządzeniami. Przykłady? Przesyłanie multimediów między smartfonami to kropla w ocenie możliwości. Wyobraźmy sobie, że przykładamy smartfona do drukarki z NFC i jednym ruchem dłoni przesyłamy oraz drukujemy potrzebne nam materiały. Kolejnym przykładem może być przesyłanie danych z komputera na stmartfona. Pomysłów na techniczne  rozwiązania wykorzystujące NFC jest ogrom i myślę, że wszystko zależy tylko i wyłącznie od naszej wyobraźni.

A co z wykorzystaniem NFC w marketingu?

W wyraźnym cudzysłowie napiszę, że sprawa wygląda podobnie, jak w przypadku QR kodów (o których już pisałem: „QR kody – co z nimi nie tak?”) z tym że jest bardziej zaawansowana. Przykładem może być świeża (bo z początku listopada) kampania* marki Red Bull promująca muzyczny event Red Bull Soundclash. Na nośnikach reklamy OOH, a dokładniej na 55-ciu przystankach autobusowych w Warszawie pojawiły się reklamy z etykietą NFC. Po zbliżeniu smartfona do reklamy, użytkownik zostaje przekierowany na mobilną stronę, gdzie może słuchać utworów i głosować na  zespoły rywalizujące w tym wydarzeniu.  Wniosek: za etykietą NFC powinien znajdować się atrakcyjny, użyteczny i adekwatny do sytuacji content!

Ale zastanówmy się też nad innymi rozwiązaniami. Tak z męskiego punktu widzenia wyobraźmy sobie, że wchodzimy do sklepu z ubraniami i czujniki NFC na bramkach wysyłają nam „plan sklepu” z cenami i promocjami poszczególnych produktów. Zakupy nie byłyby już tak skomplikowaną czarną magią😉 Tę technologię można zatem wykorzystać w ciekawym prezentowaniu ofert i katalogów produktów, czy udzielaniem rabatów lub gratisów.

Co wiążę z technologią NFC? Oszczędzanie czasu i wygoda. Uważam, że  w niedalekiej przyszłości w naszych kieszeniach będą tylko smartfony. Nie będzie potrzeby noszenia portfela z gotówką i kartami, nie będzie potrzeby trzymania w kieszeni dokumentów, biletów transportu publicznego, czy biletów wstępu na koncerty itd. To wszystko zastąpi nam tandem SMARTFON + NFC.

Na deser:

Piotr Szotmpke





Facebook w naszym życiu, czy na odwrót?

23 10 2012

Tym razem nie o reklamach, projektach crossmediowych, czy potencjale marketingowym drzemiącym sobie w portalach społecznościowych…

 

Obserwując naszą rzeczywistość i świat 2.0, coraz częściej napotykam sygnały, że granica między tymi światami w większej mierze się zatarła, bądź przestała mieć znaczenie. Dawniej, jeszcze kilka/kilkanaście lat temu, to co było w Internecie było „obce”. Nie ufało się treściom znalezionym w sieci i za wszelką cenę chcieliśmy zachować anonimowość – podanie danych osobowych, czy numeru telefonu było czymś bardzo niepożądanym.

Z biegiem lat coś się zmieniło… Adres mailowy z imieniem i nazwiskiem jest jak najbardziej wskazany w życiu zawodowym, bierzemy udział w konkursach, które wymagają od nas podania danych osobowych, rejestrujemy się na portalach społecznościowych, na których dzielimy się z Internautami dosłownie wszystkim.

Swoje myśli chciałbym pozbierać na przykładzie Facebooka, ale jestem pewien, że możemy je odnieść również do szerszych perspektyw.

Zacznijmy od tego, że wszystko co posiadamy, co myślimy i czujemy przenosimy do sieci. Istniejemy na Facebooku i funkcjonujemy używając swoich prawdziwych danych. Wrzucamy swoje zdjęcia, również te prywatne (wakacje z dziewczyną, impreza, czułe chwile z malutkim dzieckiem itd.), informujemy o statusie zawodowym, przedstawiamy historię swojej edukacji. Otaczający nas ludzie na Facebooku mogą dowiedzieć się, czy jesteśmy w związku, jaki charakter ma ta relacja itd. itp. etc. – krótko mówiąc przenosimy swoją całą osobę do świata wirtualnego.  Ok, więc tym sposobem przenieśliśmy tam świat rzeczywisty.

Z drugiej strony zauważyłem, że to co dzieje się w świecie rzeczywistym jest silnie zdeterminowane tym, co aktualnie dzieje się na Facebooku (i na innych portalach społecznościowych – rzecz jasna). Zacznijmy od tego najprostszego i najbardziej oczywistego aspektu… Spotykamy się ze znajomymi na piwo,  a punktem wyjścia do rozmowy jest właśnie… Facebook.
Kto zmienił status związku, kto udostępnił śmieszne zdjęcie, „kim był ten dureń, który tak skomentował Twój wpis o…?”, „pamiętacie jak wstawiłem posta o….?” – o tym się rozmawia. Warto też zauważyć, jak wiele miłosnych związków rozpada się i powstaje dzięki temu co dzieje się na Facebooku. Tu powstaje też wiele konfliktów, które swoje początki mogą mieć np. w rozbieżności zdań uwzględnionych w komentarzach…  Uważam, że Facebook ma ogromny wpływ na nasze życie towarzyskie.

Idąc dalej tym tropem – organizujemy spotkanie ze znajomymi, imprezę, koncert, event kulturalny – to „wydarzenie” na Facebooku stanowi główne źródło informacji przydatnych zarówno dla uczestników, jaki dla organizatora. Kto z kim przyjdzie, o której wpadnie na domówkę, czy jak przyjdzie ubrany – tego dowiadujemy się z Facebooka!
„Ooo,  obecność na koncercie w moim klubie zgłosiło dwa razy więcej publiczności niż się spodziewałem, muszę uzupełnić braki na barze” – rzekł manager klubu oglądając stronę nadchodzącego wydarzenia, co przyczyniło się do wprowadzenia pewnych zmian w świecie rzeczywistym.

Kolejnym przykładem, którego pominięcie byłoby niewybaczalnym grzechem, są wszelkiego rodzaju e-inicjatywy społeczne, które swój finał mają w rzeczywistości. Najgłośniejszymi były chyba demonstracje związane z ACTA i ta dotycząca przeniesienia krzyża z Krakowskiego Przedmieścia do kościoła. Przyczyną tak  ogromnego zrywu były oczywiście wydarzenia na Facebooku, które zaangażowały ludzi drogą wirusową.

Życie toczące się na Facebooku ma ogromny wpływ na rzeczywistość…

Takich luźnych myśli związanych z niezmierzonym wpływem świata wirtualnego na rzeczywistość moglibyśmy sobie wyliczać w nieskończoność… A ja tymczasem chciałbym zasugerować, żebyśmy zastanowili się nad tym wszystkim. Nie uciekniemy od zmian, które przynosi nam przyszłość (nawet ta najbliższa)… Dwa światy, o których wyżej pisałem będą zlewać się coraz bardziej. Ale najważniejsze jest w tym wszystkim, żeby nie utracić własnego, rzeczywistego JA. Nie możemy zapomnieć, że są ciekawsze i bardziej wartościowe tematy do rozmowy i zajęcia, niż te które podsunie nam Facebook. 

Wiem, wiem: „i kto to mówi?” – Internet, mechanizmy rządzące światem 2.0 mogą być pasją, możne nimi i w nich żyć, ale jeszcze raz podkreślę, nie można zatracić własnego rzeczywistego ja z głową na karku!





Reklama 007

16 10 2012

Zbliża się 50. rocznica  powstania pierwszego z 22. filmów o najsłynniejszym agencie – 007. W dodatku na 23 października zaplanowana jest światowa premiera kolejnej części przygód Jamesa Bonda – Skyfall. Cała seria gromadzi wokół siebie miliony fanów, zarówno na świecie, jak i w Polsce. Ale nie tylko my o tym wiemy… Wiedzą też o tym spece od marketingu, dzięki którym od początku października jesteśmy zalewani (co prawda świetnymi) reklamami mniej lub bardziej nawiązującymi do serii o 007.

Na pierwszy ogień pójdzie reklama Heinekena.

a) Fabuła reklamy to świetne połączenie klimatu filmów z Bondem z charakterystycznym „facetem idealnym”, który w reklamie natyka się na rozmaite osobistości, co tworzy super atmosferę ostatnich reklam Heinekena.

b) To samo możemy powiedzieć o muzyce – świetnie połączenie słynnego motywu Mony’ego Normana i piosenki Man like that Gin Wigmore. Ta reklama do mnie trafia – jestem na tak!🙂

Kolejna reklama prezentuje nam nowego smartfona Xperia – „urządzenia, z którym James Bond się nie rozstaje”

a) Fabuła reklamy jest jakby sceną wyciętą z filmu o Bondzie – pościgi, ucieczka,  ekskluzywne pojazdy, elementy parkour’u. Niestety nie przyciąga jednak mojej uwagi na tyle, abym zainteresował się tym smartfonem…

b) Muzyka – według mnie, mało oryginalnie. Oczywiście mamy aranżację słynnej ścieżki dźwiękowej, ale czegoś tu brakuje…

I następną reklamą, która mniej lub bardziej nawiązuje do przygód Jamesa Bonda jest reklama Orange Open z Sercem i Rozumem.

W tej reklamie nie ma bezpośrednich nawiązań do filmów z Bondem. Pojedyncze nawiązania wyłapujemy w zabawnej grze słów, która toczy się przez cały materiał. Pozostaje jedynie ogólny klimat, jaki tworzą stroje głównych bohaterów, motyw zlecania misji, pseudonim „O” itd. Muzyka w reklamie też nie  jest bezpośrednim nawiązaniem do zbliżającej się premiery, a jednak niewątpliwie reklamę kojarzymy z najsłynniejszym agentem brytyjskiego wywiadu – i to jest sukces jej autorów.

Na zakończenie reklama Coli Zero, którą pozostawię bez dłuższego komentarza. Moje serce zdobyła dzięki scenie z Astonem Martinem – kultowym samochodem Bonda🙂

autor: Piotr Sztompke